środa, 17 kwietnia 2019

2. Nić przeznaczenia

Roseanne obudziła się wczesnym rankiem i razem z Marthą skrupulatnie przygotowała śniadanie. Panna Woodson na początku nie chciała się na to zgodzić.
- Nie mogę na to pozwolić. W końcu jest panienka gościem pani pastorowej, a w dodatku nie lubię  jak ktoś plącze mi się pod nogami w kuchni- pochmurny głos gosposi zwiastował nieuchronnie zbliżającą się kłótnię, jednak panna Gealsson uśmiechnęła się słodko i zaczęła myć warzywa.
- Może na to nie wyglądam - zwróciła się do towarzyszki uprzejmie- ale potrafię upichcić to i owo. Poza tym chcę bardzo pani podziękować za okazaną pomoc.
- No już... już. Nie musi być panienka taka oficjalna - żachnęła się nieśmiało Martha.
- Przestanę, jeśli zacznie mi pani mówić po imieniu- w tym momencie zrobiła zawadiacką minę. Panna Woodson przez sekundę pomyślała, że jej twarz wygląda jak twarz dziecka. Niewinnego, dobrego i szczęśliwego dziecka. Zrobiła lekko kwaśną minę i z udawaną rezygnacją wycedziła:
- No dobrze, niech ci będzie Roseanne.
- Dziękuję Martho. Mam nadzieję, że będziemy dobrze się dogadywać. - Resztę czasu spędziły w milczeniu i skupieniu. Roseanne cieszyła się, że może pomagać w kuchni, która jej zdaniem była zadbana i przytulna. Szczególnie bardzo spodobało jej się palenisko.
- Cóż, może to dlatego, że w Anglii rzadko miałam okazję poczuć trochę ciepła. - mówiła potem. Ciepła tego dosłownego ale i w znaczeniu przenośnym. W Anglii nikt jej nigdy nie okazał sympatii i zrozumienia, z wyjątkiem nauczycielki. Ale przecież i ona nie miała w życiu lekko i ledwo wiązała koniec z końcem. 
 Śniadanie minęło w przyjaznej atmosferze. Pani Marie w zabawny sposób odczytywała plotki z codziennej gazety a panna Gealsson zajadała się owsianką i warzywami. Obie kobiety miały dużo czasu dla siebie, bo jak się Roseanne dowiedziała od Marthy pan pastor z synami od kilku dni są z wizytą u dalszych krewnych. Po skończonym posiłku Martha poszła pracować do ogrodu a Roseanne i Marie udały się powozem do miasta.
Dzień był przyjemny. Słońce na dobre ukazało się nieboskłonie, lekki, przyjemny wietrzyk unosił po okolicy zapachy kwiatów i bryzy morskiej. Okolica stawała się coraz bardziej gwarna. Natłok soczystych barw, dźwięków i zapachów mógł powodować zawrót głowy.
- Zanim przedstawię cię nauczycielom musimy sprawić ci nowe ubrania - rzekła dobitnie pani Anderson. Widząc gorący protest w oczach towarzyszki prędko dodała - Nie przyjmuję żadnych wykrętów moja droga. Swoją drogą, Rose, ile masz lat?
- Mam dwadzieścia siedem lat pani Anderson.
- Przecież przy śniadaniu prosiłam byś mówiła do mnie Marie. W końcu opiekuję się tobą, prawda? - Pastorowa uśmiechała się serdecznie. Miała na sobie tego dnia różową suknię w bufiastymi rękawami i mały kształtny kapelusz. Włosy zebrane w kok dodawały jej kunsztu prawdziwej damy. Po chwili namysłu dodała - Więc jesteś rówieśniczką Alice. Też miałaby dwadzieścia siedem lat, gdyby nadal żyła...
- Przepraszam, może nie powinnam o to pytać, ale... kim była Alice West? Naprawdę jestem do niej podobna? - Marie już chciała coś powiedzieć, lecz w tym momencie zauważyła, że przybyły na miejsce.
- Później o tym porozmawiamy. Teraz chodź, wybierzemy dla ciebie jakąś sukienkę. To sklep odzieżowy Roberta Middletona. Najlepszy w całej okolicy! - Marie złapała żwawo towarzyszkę za rękę i wręcz zaciągnęła ją do sklepu. Zrobiła to tak, jakby bała się, że jej małe, płochliwe zwierzątko gotowe jest w każdej chwili do ucieczki.
-Dzień dobry! - przywitały się obie wchodząc do sklepu. Naraz oczom młodej Angielki ukazał się widok niezwykły. Duże okna sprawiły, że w sklepie było bardzo jasno. Wszędzie leżały materiały i dodatki do sukni. Ogromne drewniane regały mieściły w sobie mnóstwo tasiemek, guzików, nici i wszelkiej maści przyborów do szycia. W samym centrum olbrzymiego pomieszczenia stała dostojnie lada. Od razu dało się zauważyć wielki kunszt tego miejsca. W jednym rogu można było przymierzać kapelusze i inne dodatki a w drugim podziwiać wiszące na wieszakach skończone kreacje. Tuż obok znajdowało się pomieszczenie z odzieżą męską, natomiast strych był przeznaczony na garderoby. Można było też tam usiąść i odpocząć po zakupowym szaleństwie. Istotnie był to najlepszy sklep w okolicy. Ubierali się w nim wszyscy, który chcieli ubierać się modnie i z klasą. Oprócz Roberta Middletona zatrudnionych było jeszcze pięć pracownic, które w godzinach szczytu dwoiły się i troiły. Teraz jednak był sam.
- Witam szanowne panie! Czego potrzeba? W czym mogę pom...óc...- pan Middleton wyjrzał z kantorka. Gdy ujrzał Roseanne stanął jak wryty i zaniemówił. Naraz wypuścił w rąk szpulę materiału przeznaczonego do uszycia sukienki dla jakiejś elegantki. Trwało to wszystko ułamki sekund gdy poczuł napływające do oczu łzy.Panna Gealsson przyjrzała mu się ciekawie. Naraz uśmiechnęła się smutno.
- Cóż. Zdaje się, że muszę pana rozczarować. Nie jestem Alice West, choć jak mniemam była bardzo lubiana w okolicy, prawda?
- Tak, to prawda...- właściciel nerwowo otarł łzy i poprawił okulary. Był mężczyzną w średnim wieku, jednak na głowie można już było dostrzec siwe włosy.
- To moja znajoma, panna Roseanne Gealsson. Pochodzi z Londynu i bardzo potrzebuje sukni do nowej pracy - wtrąciła pośpiesznie pani Anderson. Pan Middleton drżącymi rękoma zdjął miarę z nowej klientki. Po sprawdzeniu materiału zapewnił gorąco, że sukienka będzie gotowa za tydzień. Pani pastorowa dobrała do niej jeszcze torebkę, kapelusz oraz białe, bawełniane pończoszki.
- No, to powinno ta tę chwilę wystarczyć - mruknęła z zadowolenia.- Rose, kochanie poczekaj na mnie przed sklepem, ja muszę porozmawiać z panem Middletonem - panna Gealsson pożegnała uprzejmie właściciela sklepu i szybko wyszła na ulicę. Serce jej łomotało a w głowie kłębiło się tuzin myśli.
"- Alice West... Ta kobieta prześladuje mnie od samego początku mojego przybycia do Kanady. Kim była? Dlaczego odeszła tak młodo? Tak naprawdę to bardzo dziwna historia ale nie wiem czy powinnam pytać o to Marie Anderson?" - pomyślała młoda przybyszka spacerując wokół sklepu.
- I co o niej myślisz, Robercie? - zapytała pani pastorowa, gdy jej podopieczna wyszła.
- Nie... nie wiem. Jestem w szoku. Jak... jak to możliwe? Gdy na nią spojrzałem przez chwilę miałem wrażenie, że moja synowa wróciła z zaświatów. To mi się nie mieści w głowie.
- Też tak zareagowałam, gdy zobaczyłam ją po raz pierwszy. To niebywałe.
- Kim ona jest?
- To młoda sierota, która pomimo wielu trudności potrafiła wyrosnąć na uprzejmą, dobrą i uczciwą osobę. Przypłynęła przedwczoraj statkiem z Anglii. Udało jej się zdobyć dobre wykształcenie i obecnie chce znaleźć pracę. Zaproponowałam jej pomoc i przygarnęłam ją.
- Czy to aby rozsądne? Marie, przecież nie znasz jej na tyle dobrze...
- Opatrzność zweryfikuje moje plany jakby co. Ale ja osobiście zamierzam sprawdzić, czy Rose nie jest jakoś spokrewniona z rodziną Westów. Przed laty obiecałam Madeleine, matce Alice, że zajmę się nią i jej rodziną, tak jak ona przed laty pomogła mnie po stracie ledwo co narodzonego dziecka. Po latach niestety nie mogłam nic zrobić by uratować Alice, ale tym razem zamierzam zrobić wszystko co możliwe w tej sprawie.
- Czy Thomas już ją widział?
- Nie, jeszcze nie. Ale podejrzewam, że niedługo to nastąpi. W takiej małej społeczności jak nasza żadne informacje nie ukryją się zbyt długo. Rose też jeszcze nie wie o historii Alice żadnych szczegółów. Póki co wolałabym zachować to w tajemnicy i powoli, stopniowo oswoić ją z tą całą sytuacją.
- Roseanne przechadzała się wąską uliczką oglądając witryny sklepów. Nie spodziewała się tylu ciekawych rzeczy. Wstąpiła też na chwilę do księgarni, gdyż książki były jej wielką pasją. Chciała również zapełnić sobie czas oczekiwania na Marie. Słońce delikatnie muskało jej twarz ciepłymi promieniami. Oczy migotały szczęśliwie a na twarzy widniał lekki uśmiech. W końcu uznała, że czas wrócić do sklepu. Szła wolno, chłonąc całą sobą atmosferę miasta. Z nieukrywaną radością i zainteresowaniem przyglądała się mijanym ludziom w myślach odgadując dokąd idą i w jakim celu. Tak pochłonęło ją rozmyślanie, że o mały włos nie wpadła pod koła szalejącego rowerzysty. W ostatniej chwili uratował ją pewien przechodzień. Zrobił to w iście teatralnym geście pociągając ją ku sobie tak, że oboje się wywrócili.
- Ojej bardzo przepraszam. Najmocniej pana przepraszam - panna Gealsson jak oparzona odsunęła się od swojego wybawcy. Bądź co bądź wystraszyła się nie na żarty.
- Ależ nic się nie stało. Naprawdę. - nieznajomy wstał i otrzepał ubranie.- Raczej powinienem zapytać, czy wszystko w porządku... - podniósł wzrok i zamarł. Rose poprawiła kapelusz i spojrzała na niego. Był to mężczyzna przystojny o szarmanckim uśmiechu. Miał duże szare oczy od których biła mądrość i smutek, lekko opaloną skórę, kształtne bladoróżowe usta i pięknie skrojony podbródek. Jasnobrązowe włosy miał w lekkim nieładzie, ale dodawało mu to uroku i niewymuszonego piękna. Ubrany był w czarne spodnie i siwy sweter.
- Proszę się nie przejmować, nic mi się nie stało. Dziękuję za pomoc - dziewczyna chciała odejść lecz on złapał ją za rękę i pociągnął ku sobie.
- Alice, ach moja kochana Alice! - wykrzyknął mężczyzna tuląc zszokowaną Rose. - Nie mogę uwierzyć! To cud! - zaczął płakać. - Tak bardzo cię kocham.
- Zaraz! Chwileczkę! Proszę mnie puścić! - panna Gealsson desperacko próbowała się uwolnić z uścisku. Ludzie wokoło zaczęli się przyglądać całej scenie.- To nieporozumienie! Nie jestem Alice i nie znam pana!
- Alice, kochanie, o czym ty mówisz? - mężczyzna nie dawał za wygraną. Coraz mocniej trzymał ją w objęciach.Sytuacja wydawała się wymykać spod kontroli. Naraz młoda Angielka z całym impetem nadepnęła stopę napastnika, który jeszcze kilka sekund temu wydawał się całkiem normalny. Gdy ten począł zwijać się z bólu odwróciła się i zaczęła uciekać w kierunku sklepu, w którym zatrzymała się Marie Anderson. Biegła szybko. Była przerażona. Nidy wcześniej nie przeżyła podobnej sytuacji. Serce waliło jej wściekle, oddech był szybki a w oczach miała łzy. Pragnęła jak najszybciej schować się z dala od wszystkiego i wszystkich. W pewnym momencie kątem oka dostrzegła, że mężczyzna ją goni! Naraz zobaczyła szyld sklepu i nie namyślając się, prędko i z impetem wparowała do środka.
- Marie Anderson! - krzyknęła jak tylko umiała najgłośniej. Pani pastorowa i właściciel sklepu spojrzeli na Roseanne a potem na siebie, potem jeszcze raz na nią. Ten widok na zawsze zapadł im w pamięci. Oboje zobaczyli chude, bezbronne i szalenie wystraszone stworzenie, które wręcz błaga o litość. Włosy miała w nieładzie i rozwiane, nogi i ręce trzęsły jej się jak osika na wietrze a po policzkach strumieniem płynęły łzy.
- Thomasie Middleton! Co tu się dzieje? - krzyknął pan Robert gdy zdyszany młodzieniec wszedł do sklepu. Panna Gealsson schowała się za plecami opiekunki.
- Alice! Co się z tobą dzieje? Alice... - Thomas nie zwracał uwagę na ojca.
- Chwileczkę! - wtrąciła się Marie. - Musiało zajść jakieś nieporozumienie. Thomasie, przyjrzyj jej się dokładnie. To nie jest Alice, twoja żona. Ta panna nazywa się Roseanne Gealsson i jest ze mną. A teraz, skoro już to wyjaśniłam pozwólcie, że już sobie pójdziemy. - Obie czym prędzej skierowały się w stronę wyjścia. Thomas Middleton długo stał oniemiały w jednym miejscu. Czuł, że uszło z niego powietrze a serce przedziera straszliwy ból. Był oszołomiony zaistniałą sytuacją i pewnie długo trwałby w letargu gdyby nie to, że z małego pokoiku na strychu wyłonił się mały chłopczyk. Ciągle jeszcze zaspany, chwiał się lekko przy stawianiu kroków. Młodzieniec wziął go na ręce i przytulił.
- Och syneczku. Myślałem, że już się otrząsnąłem po śmierci twojej mamy, ale kiedy dziś spotkałem kogoś niemalże identycznego, wszystko wróciło... - wycedził płaczliwym tonem.

czwartek, 21 marca 2019

1. Inny świat i pani pastorowa Anderson

W pewne sierpniowe popołudnie Roseanne Gealsson szła pośpiesznie w stronę portu. Pora była niezbyt sprzyjająca – londyńskie blokowiska, kramy oraz wszelkiej maści sklepy i obiekty publiczne niby skąpane w promieniach słonecznych, sprawiały wrażenie szarych, brudnych i bardzo zakurzonych a dreptający we wszystkich możliwych kierunkach mieszkańcy potęgowali uczucie duchoty i dyskomfortu. Wszędzie trzeba było się po prostu rozpychać. Nierzadko przechodniów czekało iście ambitne przedstawienie pod tytułem „ ja tu stałam, nie pchaj się” przed piekarnią czy sklepem z odzieżą. Eleganckie panie w wyrafinowanych kapeluszach naskakiwały na siebie nawzajem, nierzadko szarpiąc i szturchając wszystkich dookoła. Industrializm zadomowił się w stolicy Anglii na dobre. Każdy widział zmiany, z ostatniej chociażby dekady,  które wyniosły Londyn na wyżyny światowej cywilizacji, bogactwa i nowoczesności. Co z tego, że wciąż jeszcze istniały w mieście dzielnice nędzy, w których brudni i biedni ludzie dosłownie leżeli na ulicach z nadzieją na śmierć, żółtoszary dym rozciągający się nad miastem gryzł oczy i uniemożliwiał oddychanie a spływające zewsząd nieczystości i pałętające się pod nogami tłuściutkie szczury były zmorą niemalże każdego?
Roseanne nie lubiła Londynu. Mimo, że właśnie w tym mieście przyszła na świat nigdy, ani razu, nie pomyślała o nim w dobrej perspektywie. Czuła się tu raczej jak dziki ptak, który zmuszony został do życia w małej klatce. Aby wydostać się w końcu ze swojego więzienia postanowiła na jakiś czas, a może i na zawsze opuścić to miejsce. Wody Tamizy były tego dnia czarnoniebieskie, lekka bryza roznosiła kropelki wody a mewy z oddali raz po raz przelatywały nad głowami przechodniów skrzecząc przy tym złowieszczo.
Panna Gealsson była podekscytowana na myśl o zamorskiej podróży, mimo, że Kanada znajdowała się na końcu Atlantyku a cała wyprawa zająć miała 5 dni. Szła żwawo, pełna nadziei i nawet nie spostrzegła, że jadąca znad przeciwka dorożka o mało nie pokrzyżowała jej planów i nie wysłała ją w jedną stronę w zaświaty. Ściskając niewielką torbę oraz pokazując bilet kontrolerom jak najszybciej chciała znaleźć się na pokładzie parowca.
Cała podróż wbrew pozorom okazała się o wiele bardziej męcząca niż początkowo sądziła. Monotonne kołysanie statku powodowało mdłości, twarda, drewniana prycza służąca za łóżko bóle mięśni, szczególnie pleców, a hałasujący współpasażerowie uporczywy ból głowy. Oczywiście byli i tacy, co podróżowali w bardziej komfortowych warunkach, ale za to ich bilety były nawet kilkanaście razy droższe od biletu Roseanne.
„- Wytrzymam to! Wytrzymam! Nie po to zbierałam pieniądze przez trzy lata aby teraz narzekać.” – panna Gealsson próbowała przywołać się do porządku, jednak efekt był taki, że przez pięć dni prawie nic nie jadła, a nocami łzy same napływały jej do oczu. W końcu statek wczesnym rankiem dotarł do wybrzeży Wyspy Księcia Edwarda. Pasażerowie nerwowo zaczęli opuszczać pokład. Roseanne ledwo mogła utrzymać się na nogach.
- Przez te kołysanie chyba zapomniałam jak się chodzi… - szepnęła cichutko i z wolna poczęła snuć się portową uliczką. Pogoda była tego dnia wyśmienita. Błękitne niebo, ciepłe promienie słońca, rześkie fale, milutki wiaterek, wszystko to sprawiło, że ludzie wylegali ze swych domostw i chętnie zabierali się za pracę na powietrzu. Kutry rybackie wyruszyły na połów, sklepy były otwierane, dzieci biegały i dokazywały. Panowała aura radości i szczęścia. Każdy był uśmiechnięty, gdzieniegdzie dało się usłyszeć serdeczne rozmowy. Jednak panna Gealsson nie czuła się dobrze. Z każdym krokiem jej nogi stawały się cięższe a oczy zachodziły mgłą. Nagle usłyszała krzyk. Zorientowała się, że ktoś został okradziony a nieznośny rabuś kierując się w jej stronę pragnie jak najszybciej zgubić swoją ofiarę. Nie wahając się ani chwili złapała kawałek drewnianej deski. Znalazła w sobie jeszcze jakieś cudowne pokłady energii, które bynajmniej zawsze pojawiały się w krytycznych sytuacjach, i podbiegła do uciekiniera. Szybko spostrzegła, że to młody chłopak, może jeszcze uczeń. Był barczysty ale chudy. Miał szare, bystre oczy i jasnobrązowe włosy, które wychodząc spod zielonej czapki, formowały się w lekkie loczki. Ubrany był w niebieską koszulę i szare spodnie. Naraz cisnęła mu pod nogi deskę i chłopak jak długi wyłożył się na ulicę. Roseanne złapała go i wyszarpnęła nerwowo torebkę, którą chciał ukraść.
- Oddaj to! Słyszysz, oddaj to! – krzyknęła donośnie. - Dlaczego to zrobiłeś?
- Puszczaj mnie! – młodzieniec chciał wyrwać się z uścisku. Coraz więcej gapiów poczęło przyglądać się całej sytuacji. Panna Gealsson nie dała jednak za wygraną.
- Spójrz! Spójrz na mnie! – krzyknęła biorąc jego lekko opaloną twarz w chude, wręcz kościste dłonie. – Jesteś taki młody, a już chcesz zostać złodziejem? Co będzie następne? Napad? Morderstwo?
-  Nie! Ja tylko chciałem trochę pieniędzy! Nie chciałem nikomu zrobić krzywdy! – chłopak speszył się a jego oczy napełniły się łzami. – Chciałem kupić trochę jedzenia do domu. Naprawdę!
- Nawet jak jesteś biedny nie możesz kraść! Co to byłby za świat, gdyby rządziła nim taka samowola? A czy ty chciałbyś by ktoś okradł ciebie, albo kogoś z rodziny?
- Nie… - w tym momencie Roseanne podniosła się, otrzepała, poprawiła lekko potargane włosy.
- Mam nadzieję, że coś z tej lekcji zrozumiałeś młodzieńcze. – uśmiechnęła się i podała mu rękę, by wstał. On kiwnął głową i dobrowolnie oddał torebkę. Naraz podeszła do nich kobieta, właścicielka skradzionego łupu. Miała na sobie elegancką ale skromną granatową suknię oraz wytworny kapelusz. Na jej głowie widoczne już były siwe włosy a z jej twarzy biła powaga i roztropność. Była trochę zaskoczona zaistniałą sytuacją. Jej oddech po dość wyczerpującym biegu nadal był szybki.
- Jerry Anderwood! Nie spodziewałam się tego po tobie. – rzekła podchodząc do nich. – Byłeś takim grzecznym i uczynnym chłopcem. Co się z tobą stało?
- Pani pastorowo…bardzo, bardzo panią przepraszam. - szepnął a jego twarz stała się blada a za chwilę purpurowa. Było mu wstyd, wzrok utkwił w ziemię. Tłum gapiów szeptał między sobą. To było oczywiste, że najdalej do wieczora wszyscy w okolicy będą wiedzieć, co tu zaszło.
- On nie zrobił tego specjalnie… - wtrąciła się Roseanne. -Ma widocznie jakieś problemy, które go do tego zmusiły. Czy mogłaby mu pani wybaczyć? Zwłaszcza, że jest pani żoną pastora. – Marie Anderson istotnie była żoną pastora Christophera Andersona, który mieszkał i pracował w niewielkiej wsi Glen, niedaleko portu. Małżeństwo miało już za sobą kilkadziesiąt lat wspólnego nader zgodnego pożycia, nic więc dziwnego, że cieszyli się szacunkiem wśród mieszkańców wsi, jak również całej okolicy. Teraz jednak wybita nieco z tropu kobieta spojrzała w twarz pannie Gealsson i natychmiast jej dotąd rumiana cera stała się ziemista a potem biała jak papier. Wytrzeszczyła z niedowierzaniem oczy i przez krótką chwilę stała jak wryta.
- Al… Alice… Alice, to ty, kochanie? – szepnęła wzruszona gdy już powróciły jej zmysły.
- Co takiego? Nie, pani mnie z kimś pomyliła. Nazywam się Roseanne Gealsson i pochodzę z Londynu. A co do tego chłopaka to… - Roseanne zdziwiona ale i już nieco zmęczona całym zajściem chciała jak najszybciej się ulotnić.
- Dobrze. Nie zgłoszę tego władzom, bo mi również nie jest potrzebny rozgłos. Ale musi ponieść karę. Chciałabym również jakoś pomóc jego rodzinie uporać się z problemami finansowymi… Może zróbmy tak, że pożyczę tobie te pieniądze, a ty je dla mnie odpracujesz?  - Marie zwróciła się do młodzieńca. – Powiadomię o wszystkim twojego ojca, on już sprawi ci lanie za twój wybryk, więc myślę, że będziemy kwita.
- On już otrzymał swoja karę. – przybyszka z Anglii zacisnęła zęby. – Przeprosił już panią, i stoi teraz z wielkim wstydem wśród tych wszystkich ludzi. Skoro chciał zdobyć pieniądze, na jedzenie to czy nie rozsądniej jest pomóc rodzinie kupując je im niż dawać gotówkę? Na pewno macie tu jakieś zbiórki pieniędzy dla potrzebujących. Za to można kupić wszystkie potrzebne rzeczy. Można także załatwić mu pracę, dzięki której utrzyma rodzinę. Torebka, którą chciał zabrać jest cała i nic nie zginęło, proszę zobaczyć.
- Istotnie, jest tak jak mówisz. – Marie skinęła głową. – Zgadzam się z tym co powiedziałaś. Kupimy rodzinie Jerrego potrzebne produkty, on sam odpracuje to na farmie u państwa Charrison. Przyjdź tam za trzy dni.  Załatwię to. Uważam sprawę za załatwioną. – młody chłopak począł płakać i serdecznie dziękować pani pastorowej oraz pannie Gealsson. Szybko przyniósł bagaż dziewczyny, który zgubiła podczas pościgu, uścisnął ją i szczęśliwy oraz niebywale wzruszony oddalił się, zapewne do domu, by zakomunikować domownikom, że dostał pracę.
- Cieszę się, że nie pokarała pani tego chłopaka. – westchnęła Roseanne ściskając swoją torbę.
- Dlaczego w taki właśnie sposób chciałaś mu pomóc? – obie panie ruszyły z wolna wybrukowaną uliczką. Tłum zaczął się rozchodzić, a słońce coraz śmielej zaczęło przygrzewać.
- Uważam, że danie rybakowi wędki jest o wiele bardziej pożyteczne od dania mu samych ryb. Oczywiście pomogłoby mu to na chwilę, ale co by było jutro, za tydzień, miesiąc, rok? Poza tym – dziewczyna posmutniała i przystanęła – ludzie potrzebują pomocy, nie litości.
Pani Marie dopiero teraz dokładnie przyjrzała się jej. Była niewysoka i szczupła. Nos miała zadarty, usta kształtne, koloru malinowego, trochę spieczone słońcem. Największe wrażenie zrobiły na niej oczy przybyszki – duże i czarne, z których biła inteligencja ale i jakaś pustka i chłód. Włosy ziemiste, zebrane w niezbyt kunsztowny kok wystawały spod zwyczajnego, trochę znoszonego kapelusza a spod rękawów szarej lnianej sukni wystawały chude dłonie, o długich, trochę krzywych palcach.
- Masz… dość ciekawe podejście do życia. -skwitowała pani pastorowa.
- Potraktuję to jako komplement. Dziękuję pani bardzo. – Roseanne skłoniła się grzecznie i chciała odejść. Uszła jednak kilkanaście kroków, gdy nagle zrobiło jej się słabo, świat zaczął wirować jak szalony a odgłosy, które słyszała były jakby zza wody. Oddech jej stał się szybki i płytki a na skroniach pojawiły się kropelki zimnego potu. Naraz upadła na ziemię. Pani Marie widząc to szybko podbiegła do niej.
- Hej, halo! Roseanne co się stało? Wszystko w porządku? – uderzyła ją kilka razy lekko po twarzy, lecz nie przyniosło to efektu.
Roseanne w końcu się ocknęła. Otwarła leniwie oczy, przeciągnęła się i chciała wstać, ale zbyt gwałtowne ruchy nadal powodowały u niej zawroty głowy.
 „- Ach tak, to pewnie dlatego, że od czasu rejsu prawie nic nie jadłam. W sumie od lat nie jadłam nic porządnego. Ciekawe gdzie ja jestem? No cóż. Dobrze, że nie gdzieś pod mostem albo w rynsztoku. Wtedy straciłabym do reszty całą ochotę do życia i za nic bym nie wstała.” – te jej dumanie przerwały odgłosy dochodzące z podwórza. Pomału podniosła się z posłania i nieśmiało wyjrzała przez okno. Było pewne, że znajdowała się na wsi. W dodatku bardzo pięknej. Niebo przybrało barwę szmaragdową, gdzieniegdzie lekko unosiły się śnieżnobiałe obłoczki a drzewo rosnące pod oknem pokoju, w którym była kusił aromatyczną wonią i dorodnym kwieciem. Powietrze było czyste i świeże. W ogrodzie rosły kolorowe kwiaty a trawa przybrała barwę soczystej zieleni. Widziała śnieżnobiały płotek, odgradzający posiadłość od reszty świata, żwirową ścieżkę prowadzącą od furtki aż do werandy, stajnię oraz kurnik. Dostrzegła pracowników, którzy z uśmiechem aż garnęli się do pracy. Dziewczyna aż westchnęła z zachwytu. Naraz cofnęła się od okna i poczęła rozglądać się po pokoju. Był on ładny, mały ale bardzo przytulny. Ściany pokryte były żółtą tapetą w różowe drobne kwiatuszki, na podłodze leżał mięciutki niebieski dywanik. Po lewej stronie stała duża drewniana szafa, obok, bliżej okna toaletka z dużym lustrem. Roseanne bardzo lubiła toaletki ze względu na występowanie w nich małych, lecz pojemnych szufladek. Po drugiej stronie stało łóżko z miękkim materacem i pachnącą białą pościelą oraz mały stolik nocny. Nie zabrakło oczywiście solidnego biurka, które stało przy oknie. Łatwo było się domyślić, że był to pokój kobiecy. Śliczny i gustowny. Bez przepychu, jednak cały wystrój robił niemałe wrażenie.
Upoiwszy się czarem tego miejsca panna Gealsson postanowiła poznać domowników i podziękować im za pomoc. Wciąż jeszcze trochę się chwiejąc zeszła schodami do salonu. Gdy zobaczyła, że nikogo tam nie ma skierowała się do kuchni. Przy stole siedziała jakaś kobieta, która obierała ziemniaki nucąc przy tym jakąś żywą radosną melodię. Była w średnim wieku. Ubrana w biały fartuch i czepiec sprawiała wrażenie dobrze znającej się na pracach domowych. Poruszała się żwawo, z wyczuciem. Nie była otyła, lecz do chucherka było jej daleko. Twarz miała opaloną, pooraną gdzieniegdzie drobnymi zmarszczkami. Gdy spostrzegła gościa ucichła i przerwała robotę.
- Dzień dobry – odezwała się przybyszka grzecznie.
- Dobry Boże! Więc pani pastorowa nie kłamała mówiąc, że wyglądasz bardzo podobnie do Alice. Otóż, dziecko moje drogie, wyglądasz identycznie! No, może z wyjątkiem koloru włosów i oczu. Ale poza tym wszystko takie samo! Te same usta, podbródek… nawet nos. Że też dane mi było zobaczyć takie dziwy, he he!
- Alice? Przepraszam nie znam tu nikogo. Pochodzę z Londynu. Nazywam się Roseanne Gealsson – dziewczyna podeszła do nieznajomej i usiadła obok niej.
- A no tak… wiem o tym. Otóż ja, Martha Woodson, osobiście byłam na jej pogrzebie… bidulka! Niech jej ziemia lekką będzie, oj tak – wycedziła kiwając smutno głową. – A ty, moje dziecko lepiej się już czujesz? – zwróciła się do panny Gealsson jak do kilkuletniego brzdąca.
- Tak, dziękuję. Widocznie podróże przez Atlantyk nie są dla mnie.
- Hm, być może. Ale jesteś chuda i mizerna więc śmiem twierdzić, że od dłuższego czasu zmagasz się po prostu z niedożywieniem. Gdyby pani Marie Anderson nie pomogła ci to najpewniej umarłabyś z głodu i wyczerpania, ot co! Czy w tej Anglii jest moda na przestrzeganie diety składającej się tylko z wody i powietrza?
 - Nie sądzę. Nie wiem co myślą arystokratki i bogate panienki, ale ja osobiście uważam, że pełny brzuch, to jeden z tych elementów dający człowiekowi bezgraniczne szczęście – obie panie uśmiechnęły się serdecznie. Naraz z ogrodu wróciła pani pastorowa. Miała na sobie prostą białą suknię z haftowanym kołnierzykiem oraz słomkowy kapelusz. Bardzo uradowała się na widok Roseanne.
- Cieszę się, że lepiej się czujesz – odparła, gdy obie usiadły w salonie. – Strasznie mnie wystraszyłaś. Gdyby akurat nie przechodził tamtędy doktor z pobliskiego szpitala chyba sama potrzebowałabym pomocy. Na szczęście powiedział, że to nic poważnego, tylko wyczerpanie. Zrobił ci zastrzyk, więc już wszystko powinno wrócić do normy. Solidnie też wypoczęłaś, spałaś cały dzień! – młoda Angielka słuchała uważnie relacji pani Marie co jakiś czas kiwając głową w geście zrozumienia. W końcu podniosła się.
- Bardzo dziękuję za pomoc pani Anderson. Nigdy pani tego nie zapomnę- skłoniła się grzecznie i chciała odejść.
- Dokąd się wybierasz? Nie zjesz nawet obiadu? – Marie zastąpiła jej drogę.
- Nie chcę dłużej nadużywać pańskiej gościnności.
- Roseanne, moja droga chciałabym byś tu została.
- Co?! -  Martha aż wyskoczyła z kuchni. – Pani pastorowo, rozumie się, że chce pani pomóc, ale…
- Moja droga wróć proszę do kuchni. – odparła krótko pani domu. – A ty chodź ze mną do pokoju. – Panna Gealsson nie śmiała się sprzeciwić. Wyraz jej twarzy był niezwykły, niby poważny a jednocześnie pełen zapału. Obie panie opuściły obszerny gustowny salon z wygodną kanapą, ślicznymi fotelami oraz kominkiem i poszły na górę.
- Co chce mi pani powiedzieć? – spytała przybyszka, gdy znalazły się w pokoju, w którym się ocknęła.
- Może będę nietaktowna, ale muszę o to zapytać – kim jesteś?
- Nie rozumiem…
- Przybyłaś tu pracować? Masz tu kogoś znajomego?
- Już mówiłam… pochodzę z Londynu i …
- Jesteś sierotą? – weszła jej w słowo. – Wybacz, ale po twoim wyglądzie, ubiorze mogę śmiało stwierdzić, że głodujesz. Doktor, który cię badał powiedział to samo. Dodatkowo jesteś szalenie podobna do pewnej osoby, którą znałam. To nie może być przypadek.
- Po co pani chce to wszystko wiedzieć? No, ale dobrze. Pomogła mi pani, więc odpowiem. Urodziłam się w Londynie a moich rodziców nie znałam. Umarli jak miałam dwa lata, chyba na gruźlicę. Mieszkałam w sierocińcu, kiedy przypomniała sobie o mnie kuzynka ojca. Miałam trzynaście lat jak do niej trafiłam. Było ciężko, bo jej mąż pił i bił ją i dzieci. Taka typowa, patologiczna rodzina- kobieta nie umie odejść od sadystycznego męża alkoholika a jej dzieci na tym cierpią. Pamiętam, że wtedy bardzo się bałam. Ale na szczęście trafiłam na dobrą nauczycielkę, która zaszczepiła mi miłość do nauki. Pomogła mi też przygotować się do egzaminów na studia. Sama z własnej pensji kładła na moją edukację, bo ja niestety nie mogłam sobie kupić chociażby ołówka, o piórze nie wspominając. Kiedy zdałam egzaminy ciotka nagle zmarła. Uciekłam wtedy z domu. Wynajęłam malutki pokoik u takiej jednej starszej pani, która o wszystko się czepiała i była łasa na pieniądze. Warunki krótko mówiąc nie były najlepsze. Latem w mieszkaniu było gorąco i duszno, zimą wilgotno i zimno. By przeżyć pracowałam jako korepetytorka jednocześnie studiując. Chciałam wrócić i zabrać piątkę dzieci ciotki, ale okazało się, że wyjechali do jakiejś dalszej rodziny do Francji. Kiedy ukończyłam studia podjęłam decyzję o opuszczeniu Europy. Jakoś uzbierałam pieniądze na najtańszy bilet i przybyłam tutaj. -gdy to mówiła łzy ciurkiem spływały z jej czarnych, pięknych oczu, a głos co jakiś czas załamywał się pod wpływem bolesnych wspomnień. Sama nie wiedziała dlaczego tak bardzo otworzyła się przed panią pastorową. Przez chwilę pozostały w milczeniu.
- Musiałaś wiele wycierpieć. Bardzo ci współczuję.
- Dziękuję za słowa otuchy... dziękuję... za ... za wszystko. Była pani dla mnie bardzo miła.- Roseanne otarła łzy i próbowała przywołać się do porządku. Wysiliła się nawet na lekki uśmiech.
- Nie musisz dziękować. Zrobiłam to, co powinien każdy szanujący się chrześcijanin. Wiem, że w dzisiejszych czasach nie wszyscy pławią się w luksusach. Niektórzy po prostu nie mają co jeść. Świat pełen jest kontrastów, prawda? - nie czekając na odpowiedź ciągnęła dalej. - Moja droga chcę ci pomóc. Chcę, byś zamieszkała w tym domu.
- Ależ... jak to? Ja nie mogę... Przecież mnie pani nawet nie zna! - młoda przybyszka wytrzeszczyła oczy ze zdumienia. Była w wielkim szoku. Nie spodziewała się, że coś takiego może jej się przydarzyć.
- Posłuchaj uważnie moja droga. Przy tym całym zamieszaniu z kradzieżą torebki pokazałaś, że jesteś osobą uczciwą i sprawiedliwą. Wiem, że nigdy nie odważyłabyś się uczynić nic złego. Jestem o tym święcie przekonana, a uwierz mi, znam się na ludziach. Poza tym zainteresowałaś mnie. Wiem, że przy tobie nie będzie nudno, bo widzisz... w tym domu nie ma innych kobiet oprócz mnie i Marthy.
- Na prawdę? - Roseanne ledwo weszła jej w słowo.
- Tak. Mieszkam tu z mężem i dwoma synami. Więc jak się domyślasz towarzystwo kobiety było by  mi bardzo na rękę. Na pewno byłabyś dobrą towarzyszką do rozmów i robótek ręcznych a i w domu przyda się nam pomoc. Jest jeszcze jeden powód... - dodała po chwili - Bardzo ważny. Jesteś bardzo podobna do Alice West a jej matka była moją serdeczną przyjaciółką. Chcę się dowiedzieć, czy jesteś jej krewną. Poza tym... dokąd pójdziesz? Gdzie będziesz spać? Co będziesz robić? Myślałam, że przybyłaś do Kanady, by zmienić swoje życie, prawda? - Marie na koniec długiego wywodu zrobiła zawadiacką minę. Jej oczy skurczyły się lekko i pojawiły się w nich niesforne ogniki.
- Tak, to prawda. Ale co na to pani rodzina i przyjaciele?
- Nie martw się o to. Mój mąż jest dobrym człowiekiem, na pewno się zgodzi. Mój młodszy syn będzie zachwycony, bo zawsze chciał mieć starszą siostrę. Ze starszym również nie powinno być problemów. Jest on z reguły cichy i nie sprawia nikomu kłopotów. Pytanie, co ty o tym myślisz, Rose? - Rose, nikt jeszcze nie nazwał jej w ten sposób. Angielka była wzruszona, zaskoczona i szczęśliwa oraz smutna. Miała mętlik w głowie a natłok uczuć spowodował szybsze bicie serca. Nie mieściło jej się w głowie, jak ktoś taki jak pani pastorowa może być tak dobrą i bezinteresowną osobą. Chwilę siedziały w milczeniu. Panna Gealsson toczyła w swym umyśle prawdziwe wojaże. Od dziecka była nauczona, że na tym świecie nie ma nic za darmo. Zawsze bała się, że każdy może ją oszukać przy każdej okazji. Należało jednak podjąć jakąś decyzję. Pani Anderson była osobą godną zaufania, to pewne. I miłosierną. W końcu nie pozwoliła jej umrzeć na ulicy czy w rynsztoku. Udzieliła jej pomocy a nie każdy jest zdolny do takiego czynu zwłaszcza wobec obcego.
- No więc dobrze, zgadzam się. - rzekła powoli i poważnie - Mam jednak warunek.
- Jaki?
- Będę na siebie zarabiać. Chcę jak najszybciej znaleźć pracę, by oddawać pani należną część. Nie chcę być nikomu nic dłużna. W zamian za dach nad głową i jedzenie będę pomagać w domu a także zarabiać pieniądze. Jak już pani wcześniej powiedziałam, biednemu człowiekowi nie potrzebna jest litość tylko pomoc.
- Widzę, że potrafisz być bardzo uparta! - klasnęła w dłonie Marie.- Dobrze więc, niech tak będzie. Bardzo się cieszę z twojej decyzji. Już nawet wiem, gdzie mogłabyś pracować. Wspomniałaś, że pracowałaś jako korepetytorka, prawda? Może praca w tutejszej szkółce by ci odpowiadała? Akurat tak się składa, że jest wolny etat, bo poprzednia nauczycielka, panna Wood wyszła za mąż i wyjechała do Montrealu. - Roseanne nie mogła uwierzyć we własne szczęście. To wszystko działo się tak szybko, że z wrażenia nie mogła złapać tchu. Razem z panią pastorową ustaliły, że wybiorą się do miasta z samego rana i złożą kandydaturę młodej przybyszki w kolegium nauczycielskim.
Panna Gealsson przez całą noc nie spała. Otaczająca ją rzeczywistość ją oczarowała. Czuła się wspaniale, upojona swym szczęściem niczym pijak mocnym trunkiem. Gdy zapadła noc cała okolica szumiała łagodnie i jednostajnie. Spokój i cisza okryła wszystko dookoła. Księżyc i gwiazdy lśniły na ciemnym niebie niczym drogocenne klejnoty. Gałęzie drzew łagodnie kołysały się na wietrze niczym niemowlę w kołysce. Roseanne siedziała przy oknie i upajała się całym tym magicznym krajobrazem a po jej policzkach co jakiś czas spływała łza.
- Nie jestem przekonana do tego pomysłu, droga pani pastorowo. - wtrąciła Martha, gdy Angielka poszła po kolacji do swojego pokoju.
- Nie martw się moja droga, nic złego się nie wydarzy. A poza tym... nie chcesz się dowiedzieć jakie przeznaczenie ją tu czeka? Nie chciałabyś zobaczyć miny Thomasa Middletona, gdy ją zobaczy?
- Wiedziałam, że za tym wszystkim musi kryć się coś jeszcze. Wiem, że zna się pani na ludziach, a co wydarzy się dalej, będzie zależało tylko i wyłącznie od Opatrzności - obie zachichotały radośnie.

2. Nić przeznaczenia

Roseanne obudziła się wczesnym rankiem i razem z Marthą skrupulatnie przygotowała śniadanie. Panna Woodson na początku nie chciała się na to...