środa, 17 kwietnia 2019

2. Nić przeznaczenia

Roseanne obudziła się wczesnym rankiem i razem z Marthą skrupulatnie przygotowała śniadanie. Panna Woodson na początku nie chciała się na to zgodzić.
- Nie mogę na to pozwolić. W końcu jest panienka gościem pani pastorowej, a w dodatku nie lubię  jak ktoś plącze mi się pod nogami w kuchni- pochmurny głos gosposi zwiastował nieuchronnie zbliżającą się kłótnię, jednak panna Gealsson uśmiechnęła się słodko i zaczęła myć warzywa.
- Może na to nie wyglądam - zwróciła się do towarzyszki uprzejmie- ale potrafię upichcić to i owo. Poza tym chcę bardzo pani podziękować za okazaną pomoc.
- No już... już. Nie musi być panienka taka oficjalna - żachnęła się nieśmiało Martha.
- Przestanę, jeśli zacznie mi pani mówić po imieniu- w tym momencie zrobiła zawadiacką minę. Panna Woodson przez sekundę pomyślała, że jej twarz wygląda jak twarz dziecka. Niewinnego, dobrego i szczęśliwego dziecka. Zrobiła lekko kwaśną minę i z udawaną rezygnacją wycedziła:
- No dobrze, niech ci będzie Roseanne.
- Dziękuję Martho. Mam nadzieję, że będziemy dobrze się dogadywać. - Resztę czasu spędziły w milczeniu i skupieniu. Roseanne cieszyła się, że może pomagać w kuchni, która jej zdaniem była zadbana i przytulna. Szczególnie bardzo spodobało jej się palenisko.
- Cóż, może to dlatego, że w Anglii rzadko miałam okazję poczuć trochę ciepła. - mówiła potem. Ciepła tego dosłownego ale i w znaczeniu przenośnym. W Anglii nikt jej nigdy nie okazał sympatii i zrozumienia, z wyjątkiem nauczycielki. Ale przecież i ona nie miała w życiu lekko i ledwo wiązała koniec z końcem. 
 Śniadanie minęło w przyjaznej atmosferze. Pani Marie w zabawny sposób odczytywała plotki z codziennej gazety a panna Gealsson zajadała się owsianką i warzywami. Obie kobiety miały dużo czasu dla siebie, bo jak się Roseanne dowiedziała od Marthy pan pastor z synami od kilku dni są z wizytą u dalszych krewnych. Po skończonym posiłku Martha poszła pracować do ogrodu a Roseanne i Marie udały się powozem do miasta.
Dzień był przyjemny. Słońce na dobre ukazało się nieboskłonie, lekki, przyjemny wietrzyk unosił po okolicy zapachy kwiatów i bryzy morskiej. Okolica stawała się coraz bardziej gwarna. Natłok soczystych barw, dźwięków i zapachów mógł powodować zawrót głowy.
- Zanim przedstawię cię nauczycielom musimy sprawić ci nowe ubrania - rzekła dobitnie pani Anderson. Widząc gorący protest w oczach towarzyszki prędko dodała - Nie przyjmuję żadnych wykrętów moja droga. Swoją drogą, Rose, ile masz lat?
- Mam dwadzieścia siedem lat pani Anderson.
- Przecież przy śniadaniu prosiłam byś mówiła do mnie Marie. W końcu opiekuję się tobą, prawda? - Pastorowa uśmiechała się serdecznie. Miała na sobie tego dnia różową suknię w bufiastymi rękawami i mały kształtny kapelusz. Włosy zebrane w kok dodawały jej kunsztu prawdziwej damy. Po chwili namysłu dodała - Więc jesteś rówieśniczką Alice. Też miałaby dwadzieścia siedem lat, gdyby nadal żyła...
- Przepraszam, może nie powinnam o to pytać, ale... kim była Alice West? Naprawdę jestem do niej podobna? - Marie już chciała coś powiedzieć, lecz w tym momencie zauważyła, że przybyły na miejsce.
- Później o tym porozmawiamy. Teraz chodź, wybierzemy dla ciebie jakąś sukienkę. To sklep odzieżowy Roberta Middletona. Najlepszy w całej okolicy! - Marie złapała żwawo towarzyszkę za rękę i wręcz zaciągnęła ją do sklepu. Zrobiła to tak, jakby bała się, że jej małe, płochliwe zwierzątko gotowe jest w każdej chwili do ucieczki.
-Dzień dobry! - przywitały się obie wchodząc do sklepu. Naraz oczom młodej Angielki ukazał się widok niezwykły. Duże okna sprawiły, że w sklepie było bardzo jasno. Wszędzie leżały materiały i dodatki do sukni. Ogromne drewniane regały mieściły w sobie mnóstwo tasiemek, guzików, nici i wszelkiej maści przyborów do szycia. W samym centrum olbrzymiego pomieszczenia stała dostojnie lada. Od razu dało się zauważyć wielki kunszt tego miejsca. W jednym rogu można było przymierzać kapelusze i inne dodatki a w drugim podziwiać wiszące na wieszakach skończone kreacje. Tuż obok znajdowało się pomieszczenie z odzieżą męską, natomiast strych był przeznaczony na garderoby. Można było też tam usiąść i odpocząć po zakupowym szaleństwie. Istotnie był to najlepszy sklep w okolicy. Ubierali się w nim wszyscy, który chcieli ubierać się modnie i z klasą. Oprócz Roberta Middletona zatrudnionych było jeszcze pięć pracownic, które w godzinach szczytu dwoiły się i troiły. Teraz jednak był sam.
- Witam szanowne panie! Czego potrzeba? W czym mogę pom...óc...- pan Middleton wyjrzał z kantorka. Gdy ujrzał Roseanne stanął jak wryty i zaniemówił. Naraz wypuścił w rąk szpulę materiału przeznaczonego do uszycia sukienki dla jakiejś elegantki. Trwało to wszystko ułamki sekund gdy poczuł napływające do oczu łzy.Panna Gealsson przyjrzała mu się ciekawie. Naraz uśmiechnęła się smutno.
- Cóż. Zdaje się, że muszę pana rozczarować. Nie jestem Alice West, choć jak mniemam była bardzo lubiana w okolicy, prawda?
- Tak, to prawda...- właściciel nerwowo otarł łzy i poprawił okulary. Był mężczyzną w średnim wieku, jednak na głowie można już było dostrzec siwe włosy.
- To moja znajoma, panna Roseanne Gealsson. Pochodzi z Londynu i bardzo potrzebuje sukni do nowej pracy - wtrąciła pośpiesznie pani Anderson. Pan Middleton drżącymi rękoma zdjął miarę z nowej klientki. Po sprawdzeniu materiału zapewnił gorąco, że sukienka będzie gotowa za tydzień. Pani pastorowa dobrała do niej jeszcze torebkę, kapelusz oraz białe, bawełniane pończoszki.
- No, to powinno ta tę chwilę wystarczyć - mruknęła z zadowolenia.- Rose, kochanie poczekaj na mnie przed sklepem, ja muszę porozmawiać z panem Middletonem - panna Gealsson pożegnała uprzejmie właściciela sklepu i szybko wyszła na ulicę. Serce jej łomotało a w głowie kłębiło się tuzin myśli.
"- Alice West... Ta kobieta prześladuje mnie od samego początku mojego przybycia do Kanady. Kim była? Dlaczego odeszła tak młodo? Tak naprawdę to bardzo dziwna historia ale nie wiem czy powinnam pytać o to Marie Anderson?" - pomyślała młoda przybyszka spacerując wokół sklepu.
- I co o niej myślisz, Robercie? - zapytała pani pastorowa, gdy jej podopieczna wyszła.
- Nie... nie wiem. Jestem w szoku. Jak... jak to możliwe? Gdy na nią spojrzałem przez chwilę miałem wrażenie, że moja synowa wróciła z zaświatów. To mi się nie mieści w głowie.
- Też tak zareagowałam, gdy zobaczyłam ją po raz pierwszy. To niebywałe.
- Kim ona jest?
- To młoda sierota, która pomimo wielu trudności potrafiła wyrosnąć na uprzejmą, dobrą i uczciwą osobę. Przypłynęła przedwczoraj statkiem z Anglii. Udało jej się zdobyć dobre wykształcenie i obecnie chce znaleźć pracę. Zaproponowałam jej pomoc i przygarnęłam ją.
- Czy to aby rozsądne? Marie, przecież nie znasz jej na tyle dobrze...
- Opatrzność zweryfikuje moje plany jakby co. Ale ja osobiście zamierzam sprawdzić, czy Rose nie jest jakoś spokrewniona z rodziną Westów. Przed laty obiecałam Madeleine, matce Alice, że zajmę się nią i jej rodziną, tak jak ona przed laty pomogła mnie po stracie ledwo co narodzonego dziecka. Po latach niestety nie mogłam nic zrobić by uratować Alice, ale tym razem zamierzam zrobić wszystko co możliwe w tej sprawie.
- Czy Thomas już ją widział?
- Nie, jeszcze nie. Ale podejrzewam, że niedługo to nastąpi. W takiej małej społeczności jak nasza żadne informacje nie ukryją się zbyt długo. Rose też jeszcze nie wie o historii Alice żadnych szczegółów. Póki co wolałabym zachować to w tajemnicy i powoli, stopniowo oswoić ją z tą całą sytuacją.
- Roseanne przechadzała się wąską uliczką oglądając witryny sklepów. Nie spodziewała się tylu ciekawych rzeczy. Wstąpiła też na chwilę do księgarni, gdyż książki były jej wielką pasją. Chciała również zapełnić sobie czas oczekiwania na Marie. Słońce delikatnie muskało jej twarz ciepłymi promieniami. Oczy migotały szczęśliwie a na twarzy widniał lekki uśmiech. W końcu uznała, że czas wrócić do sklepu. Szła wolno, chłonąc całą sobą atmosferę miasta. Z nieukrywaną radością i zainteresowaniem przyglądała się mijanym ludziom w myślach odgadując dokąd idą i w jakim celu. Tak pochłonęło ją rozmyślanie, że o mały włos nie wpadła pod koła szalejącego rowerzysty. W ostatniej chwili uratował ją pewien przechodzień. Zrobił to w iście teatralnym geście pociągając ją ku sobie tak, że oboje się wywrócili.
- Ojej bardzo przepraszam. Najmocniej pana przepraszam - panna Gealsson jak oparzona odsunęła się od swojego wybawcy. Bądź co bądź wystraszyła się nie na żarty.
- Ależ nic się nie stało. Naprawdę. - nieznajomy wstał i otrzepał ubranie.- Raczej powinienem zapytać, czy wszystko w porządku... - podniósł wzrok i zamarł. Rose poprawiła kapelusz i spojrzała na niego. Był to mężczyzna przystojny o szarmanckim uśmiechu. Miał duże szare oczy od których biła mądrość i smutek, lekko opaloną skórę, kształtne bladoróżowe usta i pięknie skrojony podbródek. Jasnobrązowe włosy miał w lekkim nieładzie, ale dodawało mu to uroku i niewymuszonego piękna. Ubrany był w czarne spodnie i siwy sweter.
- Proszę się nie przejmować, nic mi się nie stało. Dziękuję za pomoc - dziewczyna chciała odejść lecz on złapał ją za rękę i pociągnął ku sobie.
- Alice, ach moja kochana Alice! - wykrzyknął mężczyzna tuląc zszokowaną Rose. - Nie mogę uwierzyć! To cud! - zaczął płakać. - Tak bardzo cię kocham.
- Zaraz! Chwileczkę! Proszę mnie puścić! - panna Gealsson desperacko próbowała się uwolnić z uścisku. Ludzie wokoło zaczęli się przyglądać całej scenie.- To nieporozumienie! Nie jestem Alice i nie znam pana!
- Alice, kochanie, o czym ty mówisz? - mężczyzna nie dawał za wygraną. Coraz mocniej trzymał ją w objęciach.Sytuacja wydawała się wymykać spod kontroli. Naraz młoda Angielka z całym impetem nadepnęła stopę napastnika, który jeszcze kilka sekund temu wydawał się całkiem normalny. Gdy ten począł zwijać się z bólu odwróciła się i zaczęła uciekać w kierunku sklepu, w którym zatrzymała się Marie Anderson. Biegła szybko. Była przerażona. Nidy wcześniej nie przeżyła podobnej sytuacji. Serce waliło jej wściekle, oddech był szybki a w oczach miała łzy. Pragnęła jak najszybciej schować się z dala od wszystkiego i wszystkich. W pewnym momencie kątem oka dostrzegła, że mężczyzna ją goni! Naraz zobaczyła szyld sklepu i nie namyślając się, prędko i z impetem wparowała do środka.
- Marie Anderson! - krzyknęła jak tylko umiała najgłośniej. Pani pastorowa i właściciel sklepu spojrzeli na Roseanne a potem na siebie, potem jeszcze raz na nią. Ten widok na zawsze zapadł im w pamięci. Oboje zobaczyli chude, bezbronne i szalenie wystraszone stworzenie, które wręcz błaga o litość. Włosy miała w nieładzie i rozwiane, nogi i ręce trzęsły jej się jak osika na wietrze a po policzkach strumieniem płynęły łzy.
- Thomasie Middleton! Co tu się dzieje? - krzyknął pan Robert gdy zdyszany młodzieniec wszedł do sklepu. Panna Gealsson schowała się za plecami opiekunki.
- Alice! Co się z tobą dzieje? Alice... - Thomas nie zwracał uwagę na ojca.
- Chwileczkę! - wtrąciła się Marie. - Musiało zajść jakieś nieporozumienie. Thomasie, przyjrzyj jej się dokładnie. To nie jest Alice, twoja żona. Ta panna nazywa się Roseanne Gealsson i jest ze mną. A teraz, skoro już to wyjaśniłam pozwólcie, że już sobie pójdziemy. - Obie czym prędzej skierowały się w stronę wyjścia. Thomas Middleton długo stał oniemiały w jednym miejscu. Czuł, że uszło z niego powietrze a serce przedziera straszliwy ból. Był oszołomiony zaistniałą sytuacją i pewnie długo trwałby w letargu gdyby nie to, że z małego pokoiku na strychu wyłonił się mały chłopczyk. Ciągle jeszcze zaspany, chwiał się lekko przy stawianiu kroków. Młodzieniec wziął go na ręce i przytulił.
- Och syneczku. Myślałem, że już się otrząsnąłem po śmierci twojej mamy, ale kiedy dziś spotkałem kogoś niemalże identycznego, wszystko wróciło... - wycedził płaczliwym tonem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

2. Nić przeznaczenia

Roseanne obudziła się wczesnym rankiem i razem z Marthą skrupulatnie przygotowała śniadanie. Panna Woodson na początku nie chciała się na to...